niedziela, 5 lutego 2017

Nowa sytuacja nowe wyzwania

Lepiej czy gorzej? Aktywniej czy spokojniej? Odważniej czy rozważniej? Na pewno rozsądniej... Może to nie jest zły pomysł opisywać nasze doświadczenie z dzieckiem w górach? W tym poście o tym gdzie udało nam się być z nowym Obywatelem tego świata. W kolejnym o tym z czego korzystamy, co się sprawdza a co niekoniecznie. Wybaczcie bo na pewno nie będzie profesjonalnie. Nie powali Was mnogość doświadczeń i testów najnowszego sprzętu podróżniczego przeznaczonego dla maluchów. Będzie tak zwyczajnie, że wręcz czasem nudno. Ale może nasze doświadczenie pokaże, że bardzo niewiele trzeba, żeby ruszyć się gdziekolwiek. Na pewno można więcej, wyżej, aktywniej. Każdy jednak ma inne możliwości czasowe i finansowe. Już minął rok  my dopiero się rozkręcamy!

Jak dla mnie mam na co dzień gór zdecydowanie za mało. Cierpię z tego powodu, tak...ale nie mogę powiedzieć, że gór, od czasu urodzenia dziecka, nie było w ogóle.
Patrząc obiektywnie z małym podróżnikiem można wiele. Owszem,  nie udało się pojechać na dłuższą wyprawę (pamiętam swoje śmiałe plany z czasów ciąży- miały być Alpy, Mały kilka dni u Dziadków...mhm...życie weryfikuje). Może mało intensywnie ale były Tatry, Beskidy, Pieniny/Beskid Sądecki a nawet podnóże Eigeru. Nie mówiąc o comiesięcznych dyżurach na Jurze.
Pierwszy wspólny wyjazd był w lutym 2016, gdy Ignacy miał niecałe dwa miesiące. Pojechaliśmy do Szlachtowej obok Szczawnicy. T. jeździł na nartach, ja jeszcze nie przyzwyczajona do nowej sytuacji turystycznie zwiedzałam okolicę. Mały patrzał na świat z wózka. Jeśli akurat nie spał. Patrząc na ten wyjazd dzisiaj na pewno można było się inaczej zorganizować. Ale z drugiej strony to był mój świadomy wybór - jestem z Małym i na razie z nikim się Nim nie dzielę ;) Były spacery ze Szlachtowej pod Przehybę. Pod samo schronisko nie doszliśmy- warunki terenowe a raczej ograniczenia wózka nie "puściły". Ale oddech lasem, śnieg i cisza dały namiastkę górskich wędrówek. Kolejny spacer - nad Dunajcem w Szczawnicy. Piękny widokowo ale faktycznie nie ma co tu mówić o górołażeniu.





Początki to zawsze patrzenie na reakcje małej osóbki. Z jednej strony nie jest źle- Mały dużo śpi, możesz chodzić na całkiem długie spacery tudzież sprzedać dziecko babci i iść np pobiegać. Jeśli mieszkasz w górach- właściwie mało się zmienia. Treningi robisz jak zwykle. Może nie pozwolisz sobie na długie wybieganie i całodniowe samotne wędrówki. Ale kiedy masz ochotę zadzierasz nos w górę i One są. Na co dzień. Dając siłę. I nadzieję na szybki powrót do formy. Mieszkając w mieście sprawa wygląda inaczej. To jest fakt, że przyzwyczajona do biegania w innym środowisku nie czerpałam zbyt wielkiej radości z biegania po mieście. Tak... wymówka pozwalająca zwyciężyć lenistwu. Muszę przyznać, że nie jestem z tego dumna. Co prawda dość szybko zaczęłam chodzić na treningi crossfit do pobliskiego boxu ale to nie to samo co przebieżka na Czerwone Wierchy. Niestety w mieście staję się malkontentem i to jest niezbity dowód, że w góry wrócić musimy :)
Teraz wracam do tematu górołażenia z Małym Podróżnikiem. Pierwszym "szczytem" zdobytym przez Ignacego było wzniesienie w  Jaworkach. Szczerze mówiąc nawet nie wiem jak właściwie nazywa się to wzniesienie.  Ok...trudno tu mówić o samodzielnym zdobywaniu. Grunt to hm...być na szczycie. Nie ważne, że na owy "szczyt" dowiozła nas wygodna kanapa wyciągu. Ważne, że Ignacy po prostu tam był. A z Jaworek już jeden krok na Durbaszkę, dwa kroki do wąwozu Homole więc można spokojnie mówić o GÓRSKIM KLIMACIE :)
Wracając ze Szlachtowej zahaczyliśmy o Podhale. Wiem, że to nie po drodze ale chciałam choć na chwilę spojrzeć na Tatry. Mały zastrzyk energii przed kolejnymi miesiącami w mieście.
Faktycznie zanim kolejny raz pojechaliśmy w góry minęło o zgrozo kilka miesięcy. Dopiero w maju udało nam się gdzieś wyskoczyć. Wybór padł na Równicę...Szczerze mówiąc "normalnie" czyli jeszcze bez dziecka do głowy by mi nie przyszło, żeby na tak owładniętą przez ludzi górę pojechać w celu zaczerpnięcia oddechu górskim powietrzem. Jak widać wszystko się zmienia w zależności od możliwości jakie daje Twoje dziecko. A Ignaś bywa kapryśny. Raz prześpi w samochodzie 4 godziny a innym razem te cztery godziny rządzi otoczeniem. Masz babo placek graj w ruletkę co tym razem wymyśli...Dlatego ta nieszczęsna, zaludniona Równica. Jej podstawowym atutem jest bliskość i możliwość wjazdu samochodem. Atuty a zarazem dla kogoś kto kocha samotność w górach przekleństwo...Paradoks za paradoksem :) Pomimo wszystko jednodniowy wyjazd pozwolił trochę odetchnąć od miasta. Wystarczyło energii w akumulatorze bo kolejny wyjazd nastąpił jeszcze w maju. I to nie byle jaki! Panie i Panowie- Szwajcaria ze swoimi cudownymi, ośnieżonymi, wybitnymi Alpami! Gdzie spojrzysz - góry! Dla mnie bomba, mogłabym mieć tam swój domek letniskowy ;) Wprzódy wygrywając w totka...Ten wyjazd nie miał na celu zdobycia Jungfrau tudzież innego Eigeru (choć u stóp tego drugiego udało się znaleźć). Odwiedzałam Brata, który w owym czasie Szwajcarię zamieszkiwał. Kilka pięknych, słonecznych  dni pozwoliło mi nasycić się widokiem, oddech napełnić wysokością, nogi lekko ale jednak zmęczyć niewielkimi wędrówkami. A co z Ignacym? Oczywiście ze mną. W wózku lub w chuście. Już teraz napiszę, choć o sprzęcie chciałabym w kolejnym poście, że posiadamy wózek całkiem niezły jednak nie specjalnie dedykowany terenowym wypadom. Ale jak się nie ma co się lubi to trzeba sobie radzić z tym co się ma. I nie narzekać :) Bo zawsze może być gorzej. Szwajcaria jest o tyle ciekawa, że gdziekolwiek się ruszysz to góry masz. Widać je właściwie z każdej strony. I tak jak pisałam- choć nie był to wyjazd nastawiony na górołażenie to siłą rzeczy idąc chociażby do lasu pokonujesz wysokość. Dodając do tego leśną ścieżkę, ciszę, spokój wszechobecność przyrody rodzi nam się całkiem przyjemne obcowanie z wysokością. Grunt to czerpać przyjemność z małych rzeczy. Cieszę się, że Ignaś mógł tam po prostu być. Oczywiście, że nie będzie z tego wyjazdu nic pamiętał. Ale za kilka lat pokażę mu zdjęcia i powiem "patrzaj Synu jeszcze kiedyś tam wrócimy ale tym razem na Grindenwald będziesz spoglądał z północnej ściny Eigeru!". Cieszę się, że moje marzenia nie umarły pod wpływem miejskiej szarugi :P


Sytuacja każe mi w tym momencie zakończyć pisanie. Mały Obywatel wzywa. To jest teraz moja rzeczywistość. Moje góry codzienne do zdobycia. Zadanie niezwykle ważne- wychowanie Małego Człowieka.


Menu